Zamalowali Picassa

vpickering via Foter.com CC BY-NC-ND

Sztuka nowoczesna nie zawsze bywa łatwa w odbiorze, nawet dla znawców i koneserów. Tym bardziej problemy ma zwykły, niewyrobiony widz. Jednak niezrozumienie nie jest niczym nagannym. Znacznie gorzej, jeżeli dochodzi do zniszczenia cennego dzieła.

Półtora roku temu we włoskim Bolzano sprzątaczka wypucowała w muzeum jedną z sal, gdyż prawie cała podłoga była zasypana confetti, serpentynami, rozdeptanymi papierosami, pełno było pustych butelek po winie i szampanie. Kobieta nie była nawet zbytnio zdziwiona – poprzedniego wieczoru w muzeum odbyła się impreza. Pracę wykonała porządnie i dokładnie, wszystkie śmiecie zostały posegregowane, wrzucone do dwóch worków i wyniesione.

 

Problem w tym, że to nie były zwykłe brudy, lecz instalacja artystyczna „Gdzie pójdziemy tańczyć tej nocy?”. Włoskie artystki Goldschmied & Chiari chciały w ten sposób skrytykować hedonizm i korupcję polityczną lat osiemdziesiątych. Na szczęście worki nie zostały wywiezione i cała instalacja powróciła w stanie… nienaruszonym. Autorki podeszły do sprawy z humorem, dyrekcja muzeum odetchnęła z ulgą, podobnie jak sprzątaczka, która musiała mocno się zdenerwować.

Miała jednak dużo więcej szczęścia, niż koleżanka po miotle i ścierce z renomowanego niemieckiego Museum am Ostwall w Dortmundzie. W październiku 2011 roku nieszczęsna kobieta postanowiła wytrzeć kurz i oczyścić instalację „Gdy zaczyna kapać z sufitu” autorstwa słynnego niemieckiego prowokatora – Martina Kippenbergera. Rzeźba to drewniana konstrukcja z drewnianych listewek pobrudzonych farbą i stojąca pod nią gumowa wanienka służąca do zbierania wody. Na dnie po kapiącej cieczy została jedynie warstwa wapiennego osadu. Sprzątaczka przyłożyła się do roboty i po pewnym czasie zarówno wszystkie drewniane listewki, jak i sama wanienka lśniły niczym nowe. Jednak następnego dnia okazało się, że wcale nie o to chodziło: – Doszło do nieodwracalnego zniszczenia dzieła sztuki. Sytuację pogarsza fakt, że dzieło nie jest własnością muzeum: zostało wypożyczone z prywatnej kolekcji – ogłosiła dyrekcja muzeum. Nie było też szansy na naprawę: autor zmarł 14 lat wcześniej.

Z kolei dyrekcja zewnętrznej firmy sprzątającej, która zatrudniała sprawczynię tej „zbrodni”, musiała zapewne wziąć sporą dawkę środków uspokajających, kiedy dowiedziała się, że straty zostały wycenione na, bagatela, 800 tysięcy euro! A firma ubezpieczeniowa odmówiła zapłaty…

Można się, oczywiście, wściekać, że to efekt ignorancji albo bezmyślności. Że światowa kultura straciła lub mogła stracić wartościowe dzieła sztuki. Z drugiej jednak strony zanim wyda się tak ostre i bezceremonialne opinie, warto przez chwilę się zastanowić czy na przykład to, co się stało w niemieckich muzeach, naprawdę jest winą sprzątaczek? Nie muszą się przecież znać na sztuce nowoczesnej, powinny natomiast dobrze sprzątać. I doskonale wywiązały się ze swojego zadania. Ktoś, naturalnie, mógłby powiedzieć, że zrobiły to wręcz za dobrze, lecz może warto sprawdzić, czy ktoś te gorliwe panie odpowiednio przeszkolił i wytłumaczył, że nie mogą zbliżać się do instalacji?

loop_oh via Foter.com CC BY-NC-SA

fot. Walt Jabsco via Foter.com CC BY-NC-ND
fot. Walt Jabsco via Foter.com CC BY-NC-ND

 

Zresztą czego wymagać od sprzątaczek, skoro właściciel centrum kultury muzułmańskiej w Bristolu nakazał zamalowanie graffiti szpecącego – jego zdaniem – zewnętrzną ścianę budynku. I tak „Goryl w różowej masce”, jedno z wczesnych dzieło Banksy’ego, najsłynniejszego bodaj współczesnego artysty street artu, bezpowrotnie zniknęło pod warstwą farby. – Myślałem, że to bezwartościowe bohomazy – wyjaśniał po fakcie mocno skonfundowany.

Podobne sytuacje zdarzają się na całym świecie, także w Polsce. Warszawska Syrenka, z młotkiem w dłoni zamiast miecza, namalowana węglem w 1948 roku przez Pabla Picassa na ścianie jednego z mieszkań na warszawskim Kole, zniknęła pięć lat później. Mieszkańcy byli zmęczeni ciągłymi wycieczkami ludzi, którzy chcieli oglądać dzieło słynnego artysty, więc je po prostu… zamalowali. Wszystko odbyło się lege artis, gdyż wcześniej uzyskali stosowne zezwolenie! Jeśli kogoś winić za zniszczenie bezcennego dzieła, to raczej urzędników administracji, którzy mogli przecież powiadomić o problemie chociażby pracowników Muzeum Narodowego. A ci mieli szansę sprawić, że to unikatowe w skali światowej graffiti by przetrwało. O jego wartości materialnej lepiej nawet nie myśleć…

Zresztą z rozpoznawaniem, co jest, a co nie jest sztuką, szczególnie nowoczesną, nadal bywa duży problem. I chcąc to udowodnić, wcale nie trzeba gorliwych sprzątaczek. Jesienią 2013 roku wspomniany już Banksy otworzył na jeden dzień anonimowy, oznaczony jedynie napisem „Spray art” stragan w okolicy Central Parku. Za jedyne 60 dolarów można tam było kupić prace warte wiele tysięcy! W ciągu siedmiu godzin tylko trzy osoby łącznie kupiły osiem płócien. Najwięcej pewien mężczyzna z Chicago, który nabył cztery prace, gdyż potrzebował „czegoś do zakrycia ścian”. Utarg wyniósł 420 dolarów za dzieła warte około 100 tysięcy! Ale, jak poinformował Banksy, taka okazja już się nie powtórzy. Ha!

Tagi: ////

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *