ZACZĘŁO SIĘ OD MORDERSTWA

fot. Ed Yourdon via Foter.com CC BY-NC-SA

Zanim bitnicy obudzili USA, Ameryka spała snem społecznego konformizmu w białych sweterkach z kryteriami przyzwoitości określanymi przez kościół. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku pisarze i poeci Allen Ginsberg, Jack Kerouac, William S. Burroughs II i inni dekadę przed hipisami żyli awangardową sztuką, wolną miłością i używkami.

 

 

„Młodzi gniewni” mieli dość dusznego konserwatyzmu, inwigilacji makkartyzmu i wszechobecnej konsumpcji, którą właśnie zachłysnęła się Ameryka. Wkurzała bitników propaganda ówczesnego prezydenta USA Dwighta Eisenhowera o kraju podaży i popytu, dobrobytu i baby boomu.

Pamiętacie, wyświetlany także u nas, serial telewizyjny „Cudowne lata”? Część dzieciństwa głównego bohatera przypadała właśnie na lata pięćdziesiąte. Jego matka, gospodyni domowa z przedmieścia, podobnie jak wówczas miliony innych Amerykanek, chciała być kopią ugrzecznionej platynowej piękności – aktorki Doris Day. Rock and roll raczkował, a białe nastolatki dostawały spazmów na myśl o przylizanym loczku na czole pucułowatego wokalisty Billa Haleya.

Był to doskonały czas dla pojawienia się nowej, kontestującej dotychczasowe zasady, formacji literacko-artystycznej. Jednak zanim przejdziemy do bitników, należy wspomnieć o ich poprzednikach – hipsterach, którzy popularność i wpływy zdobyli już w latach trzydziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia. Niewiele mieli wspólnego ze współczesnymi odpowiednikami, wystylizowanymi na alternatywny styl młodymi ludźmi. Pisarz i eseista Norman Mailer nazwał pierwszych hipsterów „białymi Murzynami”, bo zmęczeni społecznym konformizmem naśladowali styl bycia, ubierania się, slang i sposób żartowania czarnoskórych jazzmanów. Zatem ferment buntu został zasiany.

Kolejny awangardowy renesans narodził się w Nowym Jorku. Bitnicy, czyli beat (w wolnym tłumaczeniu: zmęczony, przegrany) generation, nazywani byli tak zwanym straconym pokoleniem. Podobnie, jak hipsterzy fascynowali się czarnym jazzem. Hołdowali wolności, podróżom, rozwojowi duchowemu, szukając sensu życia w filozofiach Wschodu. Spoglądali na amerykańską rzeczywistość z perspektywy outsiderów, ubierali się nonszalancko, wręcz niechlujnie, nie stronili od używek, eksperymentowali z seksualnością. Za „rzecznika” formacji, która na początku skupiała zaledwie kilku twórców, by potem pociągnąć za sobą cały ruch artystyczny, uważa się pisarza i poetę Jacka Kerouaca, autora powieści „W drodze” (1957). To on wymyślił termin określający formację.

Bohaterowie jego w dużej mierze autobiograficznej książki: młody pisarz Sal i włóczęga Dean wyruszyli autostopem w szaleńczą podróż po Ameryce, w której szukali samych siebie, narkotyków i wolnej miłości. Jednak największym manifestem „straconego pokolenia” był awangardowy poemat „Skowyt” (1956) Allena Ginsberga. Dzieło do dziś robi wrażenie, to prawdziwa oda do wolności. Temat: chylące się ku zagładzie społeczeństwo konsumpcyjne, któremu przeciwstawiona zostaje nieśmiertelność sztuki oraz miejsce, jakie zajmują w niej outsiderzy.

Kolejną wykładnią bitnikowskiej filozofii był obrazoburczy „Nagi lunch” (1959) Williama S. Burroughsa II. W Stanach Zjednoczonych, powieść wywołała wielki skandal. Opisy orgii seksualnych, narkotykowych tripów i halucynacji sprawiły, że wycofano ją z wielu sklepów. Przez lata książka była „białym krukiem”.

Bitnicy przesiadywali nie tylko w kawiarniach w San Francisco. Zaznaczyli też wpływy w nowojorskiej artystycznej dzielnicy Greenwich Village. Kerouac, Ginsberg i Burroughs II to najbardziej znani przedstawiciele formacji. Jednak nie wolno pominąć poetów Neala Cassady’ego (pierwowzór postaci Deana z „W drodze”), który zresztą przez lata związany był z Ginsbergiem w życiu prywatnym, Gregory’ego Corso czy Gary’ego Snydera. Ten ostatni od zawsze żywo interesował się buddyzmem, a dziś jest mistrzem zen.

Wolnościowa spuścizna bitników to nie tylko hipsterzy. Duchowymi ojcami ruchu byli tworzący o wiele wcześniej Walt Whitman – uważany za jednego z najważniejszych poetów amerykańskich oraz angielski poeta, mistyk i prekursor romantyzmu – William Blake. Ginsberg twierdził, że ten ostatni nawiedzał go często podczas halucynacji.

W ostatnich latach o bitnikach znów jest głośno. W 2012 roku do polskich księgarń trafiły „Listy” Kerouaca i Ginsberga. Wcześniej w kinach można było zobaczyć fabułę „Skowyt” (2010) Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana, gdzie Ginsberga zagrał James Franco i film „W drodze” (2012) Waltera Sallesa na podstawie książki Kerouaca z Kirsten Stewart i Amy Adams. A znany doskonale z serii o Harry’m Potterze Daniel Radcliffe wcielił się w rolę autora „Skowytu” w obrazie „Na śmierć i życie” (2013) Johna Krokidasa.

 

REWOLUCJA STRACONEGO POKOLENIA

Gdyby nie historia nieodwzajemnionej miłości z tragicznym finałem, to „stracone pokolenie” prawdopodobnie by nie powstało. Otóż za szarą eminencję bitników uważa się Luciena Carra, dzięki któremu Kerouac i Ginsberg poznali się i zaprzyjaźnili w latach czterdziestych na nowojorskim Uniwersytecie Columbia. Wówczas w Nowym Jorku mieszkał też Burroughs II (wcześniej studiował sztukę na Harvardzie i antropologię na Columbii), starszy od kolegów o ponad dekadę. On i Carr znali się od dawna – obaj pochodzili z St. Louis. Podobnie, jak David Kammerer, który kochał się w Carrze odkąd ten skończył dwanaście lat i jeździł za nim po całym kraju.

Pewnego sierpniowego wieczora 1944 roku, w parku Riverside, Carr po raz kolejny odrzucił zaloty Kammerera, po czym Davida ugodził śmiertelnie nożem. Potem zeznał, że zrobił to w obronie własnej, bo mężczyzna był agresywny. Do dziś sprawa obrosła legendą i wciąż wzbudza wiele kontrowersji. Carr nie został skazany, a wydarzenie zainspirowało w 1945 Kerouraca i Burroughsa II do napisania powieści „And the Hippos Were Boiled in Their Tanks” (A hipopotamy żywcem się ugotowały). Dzieło powstało kilka lat przed tym, gdy obaj stali się ikonami „straconego pokolenia”.

 

SAN FRANCISCO WOLNEJ MIŁOŚCI

Co prawda pierwsi bitnicy poznali się w Nowym Jorku, to między innymi dzięki nim sławą obrosła Greenwich Village – słynna artystyczna dzielnica miasta. Jednak kolejnym ważnym miejscem dla rozwoju ruchu było San Francisco. Dla Allena Ginsberga miasto wiele znaczyło także z powodów prywatnych. Kiedy w 1954 roku odwiedził Neala i Carolyn Cassady, to natychmiast wiedział, że szybko musi wrócić do San Jose na południowym krańcu zatoki San Francisco.

W tym samym roku, właśnie w San Francisco, poznał Petera Orlovsky’ego, z którym pozostał w związku do końca życia. Wkrótce stali się jednymi z centralnych postaci artystycznego fermentu w mieście wolnej miłości. W tamtejszej księgarni City Lights Bookstore spotykali się twórcy i outsiderzy, wydawnictwo City Lights Pocket Poets Series wydawało wiersze Ginsberga, Corso i innych, a na spotkaniu poetyckim w Six Gallery, Ginsberg po raz pierwszy przeczytał fragmenty „Skowytu”.

Tagi: ///

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *