Senegalskie zapasy

Laamb

 

Zyskujące w ostatnich latach na popularności tak zwane mieszane sztuki walki (MMA) organizowane są według zasad oraz stylistyki narzuconej przez amerykańskich i europejskich promotorów tego brutalnego sportu. W Afryce MMA ma jednak mocną konkurencję ze strony wielu tradycyjnie uprawianych na tym kontynencie sztuk walki, z których najbardziej znaną odmianą jest chyba senegalska odmiana zapasów – „laamb”. To sport popularniejszy nawet od piłki nożnej, a najlepsi zapaśnicy mają status narodowych bohaterów.

 

Ludy zamieszkujące tereny obecnego Senegalu uprawiały laamb od wieków. Była to jedna z ulubionych form rozrywki rolników i rybaków. Po zakończonych żniwach lub udanych połowach organizowano walki, w których mężczyźni starali się potwierdzić swoją męskość i fizyczną tężyznę. Arenę wytyczano zazwyczaj na głównym placu wioski i mógł na niej wystąpić każdy. Rywalizowano, by wyłonić mistrza wioski lub okolicy, a zasady były niezwykle proste – wygrywał ten, który pierwszy przewrócił przeciwnika na ziemię lub wypchnął poza wyznaczony krąg. Jedyną nagrodą za zwycięstwo było uznanie współplemieńców.

Renesans oryginalnego sportu, łączącego elementy boksu, zapasów, judo i tradycyjnego siłowania się, nastąpił w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, lecz współczesną formę nadano dopiero na początku lat 90. Pojedynki nie są długie i pod tym względem bardzo przypominają japońskie sumo, w którym ceremonia przygotowania do walki trwa zwykle znacznie dłużej niż samo starcie.

Twórcy współczesnej odmiany laamb umiejętnie połączyli sportowe walory tego sporty z afrykańską tradycją. Pieczołowicie odtworzono, a przy okazji na nowo wystylizowano, ubiory zawodników, ich rytualne tańce i szamańskie obrzędy – bakkou.

Przygotowania do walki odbywają się w domu marabuta, czyli według tradycji islamskiej (94 procent mieszkańców Senegalu wyznaje tę religię) przewodnika duchowego. Zapaśnicy między innymi są zanurzani w rytualnych kąpielach mających chronić przed czarną magią i zakładają na siebie gris-gris – talizmany zawierające wersety z Koranu. Dzisiaj te obrzędy są transmitowane przez telewizję, więc w domu marabuta można też zobaczyć loga sponsorów. To znak nowych czasów, bowiem także tradycyjne senegalskie zapasy nie zdołały się obronić przed wszechobecną komercją.

Żaden sportowiec nie zarobi w Senegalu więcej od zapaśników w stylu laamb. Najwybitniejsi dostają za walkę i po 100 tysięcy dolarów, a pojedynki organizuje się na piłkarskich stadionach, bo tylu jest chętnych do płacenia za bilety na wielogodzinne przedstawienia. Gdy zaczyna się kolejny turniej z udziałem gwiazd, to w stolicy Senegalu Dakarze pustoszeją ulice, a pracują jedynie… bukmacherzy. Nic dziwnego, że w biednym kraju, gdzie robotnicy zarabiają dziennie trzy dolary, dla wielu młodych ludzi laamb jest kuszącym pomysłem na lepsze życie. Uprawiających ten sport wyczynowo przybywa z każdym rokiem, choć tylko nielicznym udaje się osiągnąć sukcesy i zbić fortunę. Z ponad ośmiu tysięcy zarejestrowanych zawodników tylko kilkudziesięciu dostaje sto i więcej tysięcy dolarów za walkę. Dlatego gwiazdorzy laamb wychodzą na arenę raz, góra dwa razy do roku, natomiast pretendenci do sławy muszą toczyć dziesiątki starć, których stawką bywa kilkaset dolarów, a czasem zaledwie satysfakcja i obietnica następnego pojedynku toczonego już za pieniądze.

Postępująca komercjalizacja senegalskich zapasów przyciągnęła też nieznane w tym sporcie problemy – doping, korupcję i przemoc na trybunach. Laamb w XXI wieku ze wsi przeniósł się do miast, zwłaszcza na gęsto zaludnione przedmieścia Dakaru, gdzie kwitnie przestępczość i uliczna przemoc. Coraz częściej złe społeczne emocje znajdują ujście właśnie podczas zmagań zapaśników. Do największej burdy z udziałem fanów doszło przed „walką stulecia” Yekini – Balla Gaye 2. W trakcie oficjalnego ważenia w ekskluzywnym dakarskim hotelu „Radisson Blu” najpierw do oczu skoczyły sobie ekipy słynnych zapaśników, a potem, już na ulicach, ostro za łby wzięli się ich fani. Bijatykę zakończyła interwencja oddziałów szturmowych policji.

Takie incydenty mocno psują wizerunek laamb, a że sport ten stał się wizytówką Senegalu na świecie, to do akcji musiały wkroczyć władze państwowe. Powołano do życia Narodowy Komitet Zarządzania Zapasami, 13-osobową radę podlegająca bezpośrednio ministrowi sportu, której zadaniem jest kontrola wszystkich aspektów laamb, również tych pośrednio związanych z walkami, jak „magiczne ceremonie” u marabutów, konferencje prasowe czy oficjalne ważenie zapaśników. Nie jest żadną tajemnicą, że takie działania wymusili sponsorzy senegalskich zapasów, wśród których jest francuski gigant telekomunikacyjny Orange.

W Senegalu polityczne konflikty przycichły i umilkły strzały w zrewoltowanych regionach, tak że nawet słynny rajd Paryż – Dakar ma ponownie zawitać do tego kraju, ale połowa Senegalczyków wciąż żyje poniżej progu ubóstwa. Zatem frustracje gdzieś muszą znaleźć ujście, a pamiętajmy, że laamb, choć w oparach magii, jest jednak sportem walki.

 

 

W PRZERWACH KIBICE SIĘ NIE NUDZĄ

Walka w stylu laamb może trwać od kilku sekund do 40 minut. Między starciami są długie przerwy. Dlatego oczekiwanie na kolejne emocje wypełniają pokazy tradycyjnych tańców czy obrzędów związanych z magią.

W CHACIE MARABUTA

Zapaśnik przygotowujący się do walki w domu swego duchowego przewodnika – marabuta, w trakcie obowiązkowych modlitw zawsze zażywa kąpieli w wywarze z kory baobabu. Ma to chronić przed skutkami złych czarów i dać potrzebną do zwycięstwa siłę. Potem zadania ochronne przejmują talizmany gris-gris.

Tagi: ///

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *