Pływająca dzielnica nędzy

Lagos to najbardziej zaludnione miasto w Afryce i jedna z najszybciej rozwijających się metropolii na świecie. Zamieszkuje ją ponad 25 milionów ludzi, a według prognoz nigeryjskiego rządu w 2050 roku ta liczba ulegnie co najmniej podwojeniu.

Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku Lagos zasiedlało ledwie 290 tysięcy osób. Gwałtowny wzrost liczby mieszkańców nie szedł w parze z rozwojem budownictwa i infrastruktury komunalnej, dlatego dzisiaj dwie trzecie z żyjących w tym dotkniętym eksplozją demograficzną regionie świata ludzi wegetuje w slumsach, w których nie ma bieżącej wody, kanalizacji i energii elektrycznej, ale też opieki medycznej, ochrony policji i dostępu do edukacji.

 

Wioska Makoko rozrosła się tak bardzo, że mieszkańcy musieli szukać miejsca do życia na wodach zatoki. Nadal łowienie ryb jest głównym zajęciem mężczyzn i źródłem utrzymania ich rodzin.

Dzielnica Makoko, założona w drugiej połowie XIX wieku, dzieli się dzisiaj na sześć odrębnych osad – Oko Agbon, Adogbo, Migbewhe, Yanshiwhe, Sogunro i Apollo. Pierwsze cztery w całości znajdują się na wodach zatoki, dwie ostatnie zahaczają o brzeg laguny. Mieszkający tu porozumiewają się miejscowymi językami joruba i egun oraz po angielsku i francusku.

Standard życia przeciętnego rezydenta slumsów Lagos, zwanych „shanty towns”, nie odbiega od standardu podobnych dzielnic w Bombaju czy Karaczi. Tylko, że w Makoko wszystko jest zbudowane na łodziach lub wbijanych w dno zatoki palach. Za budulec służą wyłącznie odpady – plastikowe opakowania, foliowe worki, kawałki drewna, płyt paździerzowych, rzadziej blachy. Rzecz jasna nie ma w tych chatach, biurach czy warsztatach bieżącej wody, prądu i gazu, a kanalizacją i zarazem śmietnikiem są wody zatoki.

Każdego dnia w Makoko rodzi się mniej więcej tuzin dzieci, bowiem wielodzietność jest w Nigerii symbolem dobrobytu, a rodziny z jednym bądź dwójką potomstwa w Nigerii są wyszydzane. Dlatego w slumsach normą bywają domostwa zamieszkiwane przez kilkanaście osób.

Ze względu na specyficzne warunki w Makoko wszyscy muszą umieć pływać łodziami, bo tutaj to jedyny środek transportu. Na łodziach się mieszka, urządza sklepy i kuchnie serwujące gorące posiłki, punkty usługowe, dowozi się wodę i wszelkie inne towary na jakie żyjących tu ludzi stać. Substytutem stałego lądu są klecone z każdego możliwego materiału pomosty, łączone przemyślnie i spełniające funkcję miejskich ulic.

Widziane z dalszej odległości Makoko nie wygląda przerażająco, wręcz przeciwnie i dlatego przez turystów czasem nazywane jest „afrykańską Wenecją”. Ale przy bliższym poznaniu, gdy czuje się zatykający fetor, czar pryska. To jest jednak straszne miejsce do życia, w którym – jak w całym Lagos – rządzi przemoc i obowiązują prawa narzucane przez liczne, doskonale zorganizowane i świetnie uzbrojone gangi, potrafiące rzucić wyzwanie nawet zwartym oddziałom policji. A że nigeryjskie władze nie mają żadnego, poza siłowym, pomysłu na rozbrojenie demograficznej bomby tykającej im pod nosem także w slumsach Lagos, to w połowie wieku ludność tego kraju osiągnie liczbę 600 milionów. Zapewne już znacznie wcześniej Nigeria stanie się problemem dla całego świata.

fot. failing_angel via Foter.com CC BY-NC-SA
fot. failing_angel via Foter.com CC BY-NC-SA

 

SZKOŁA W PŁYWAJĄCEJ PIRAMIDZIE

Brak szkół to jeden z podstawowych problemów Makoko. Oryginalny pomysł na jego rozwiązanie podsunął nigeryjski architekt Kunle Adeyemi, który zaprojektował i zbudował prototyp pływającej szkoły. Budowla została wykonana z lokalnych, a więc niedrogich materiałów, przede wszystkim z drewna. Trzykondygnacyjna konstrukcja ma kształt piramidy, której ściany zabudowano żaluzjami chroniącymi przed nadmiernym nasłonecznieniem lub deszczem. Dach natomiast pokryto panelami słonecznymi, dostarczającymi szkole energii elektrycznej.

fot. boellstiftung via Foter.com / CC BY-SA
fot. boellstiftung via Foter.com / CC BY-SA

 

NIEPRZEMYŚLANY ZAMACH NA MAKOKO

Nigeryjskie władze w 2012 roku podjęły próbę zlikwidowania slumsów Makoko. Wysłane do pływającej dzielnicy brygady robotników pod eskortą policjantów przez kilka dni prowadziły intensywną rozbiórkę, lecz gdy doszło do zamieszek i polała się krew, a do Lagos zaczęły ściągać ekipy telewizyjne z całego świata, prace nagle przerwano i już ich nie wznowiono. Dlaczego? Nikt z urzędników nie potrafił udzielić dziennikarzom odpowiedzi na pytanie, co stanie się ludźmi wyrzuconymi siłą z rozwalanych domostw… W każdym razie 30 tysięcy eksmitowanych osób po kilku dniach wróciło do Makoko i błyskawicznie odtworzyło zniszczony fragment dzielnicy.

Tagi: //

Dodaj komentarz