Chmary komarów i katastrofa tunguska

fot. mariejirousek via Foter.com CC BY-NC-ND

Silna eksplozja w regionach bagiennych była widziana z odległości 650 kilometrów, słyszana w promieniu 1000 kilometrów, a zarejestrowały ją urządzenia na całej Ziemi. Jednak choć minęło już ponad 100 lat, to wciąż nie ma stuprocentowej pewności, co się tak naprawdę stało w okolicach syberyjskiej rzeki Podkamienna Tunguzka.

30 czerwca 1908 roku nadleciał jakiś obiekt – ale czy ze wschodu, czy może z południa? Czy był jeden wybuch, czy też kilka? Dokładny moment również nie jest pewny: w większości źródeł pojawia się godzina 7:14, ale niektórzy świadkowie wspominali o wczesnym popołudniu.

Wreszcie kwestia podstawowa: co spowodowało eksplozję, która powaliła drzewa na obszarze ponad 20 kilometrów kwadratowych, wzburzyła chmury pyłu tak wielkie, że w wielu europejskich miastach doszło do zjawiska „białych nocy” (było tak jasno, że czytano bez lampy), a magnetometry przez pewien czas pokazywały w tym miejscu… biegun magnetyczny!

Przez blisko 110 lat pojawiło się kilkadziesiąt teorii próbujących wytłumaczyć co się zdarzyło kilkaset kilometrów na północ od jeziora Bajkał. Niektóre z nich (między innymi eksplozja meteorytu, asteroidy lub meteoroidu będącego fragmentu komety) miały naukowe podstawy, inne (na przykład eksplozja bagiennego gazu, niewielkiej cząstki antymaterii lub małej czarnej dziury) były czystymi spekulacjami, właściwie bez jakiejkolwiek możliwości weryfikacji.

Ostatnia grupa domniemywań (eksplozja obcego statku kosmicznego, próba tajnej broni, którą Nikola Tesla zbudował na przedmieściach Nowego Jorku, a nawet samozapłon gigantycznej ilości… komarów) to już czyste science fiction.

Musiało minąć aż 19 lat zanim na miejscu zdarzenia pojawili się naukowcy z prawdziwego zdarzenia. Była to wyprawa kierowana przez radzieckiego akademika Leonida Kulika, który uważał, że nad Podkamienną Tunguzką eksplodował duży meteoryt żelazo-niklowy. Jednak nie znaleziono ani krateru uderzeniowego, ani okruchów meteorytu. Natrafiono za to na kulki szkła o średnicy 1 milimetra, przypominające tektyty (okruchy naturalnego, bogatego w krzemionkę szkliwa koloru zielonego, brązowego, czarnego zazwyczaj w kształcie kropli) oraz wykonano bogatą dokumentację fotograficzną ukazującą między innymi hektary powalonego lasu.

Jak wiadomo lata trzydzieste i czterdzieste XX wieku nie sprzyjały żadnym badaniom naukowym (poza wojskowymi), a tym bardziej w odciętym od świata, mało atrakcyjnym rejonie. W ten sposób katastrofa tunguska zaczęła funkcjonować na marginesie nauki i kultury, przez lata inspirując co najwyżej pisarzy („Astronauci” Stanisława Lema i „Lód” Jacka Dukaja) lub twórców gier komputerowych (chociażby „Assassins Creed II”, „Tajne akta: Tunguska”, „Lifeline: Crisis Line”).

Dopiero w 1990 roku międzynarodowa ekspedycja ponownie dokładnie zbadała teren katastrofy. Wtedy też chorwacki naukowiec Korado Korlević sformułował teorię, według której w Ziemię uderzył meteoryt „o wielkości porównywalnej z drapaczami chmur” i to on odpowiadał za wszelkie zniszczenia i efekty, które tak poruszyły masową wyobraźnię.

Zatem wydawało się, że wszystko zostało wyjaśnione. A jednak nie! Otóż w zeszłym roku zespół ukraińskich badaczy Wiktora Kwasnicy jeszcze raz poddał analizie zebrane próbki, tym razem z wykorzystaniem najnowocześniejszych przyrządów, jak chociażby transmisyjnego mikroskopu elektronowego. Efekt: to, co wcześniej uważano za fragmenty ziemskich skał zmienionych pod wpływem eksplozji, okazało się fragmentami meteorytu żelazno-kamiennego. I tak koło się zamknęło, ponieważ wydaje się, że teoria Leonida Kulika była najbliższa prawdy. Jednak odrobina niepewności wciąż pozostaje…

Tagi: ///

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *